

Czytałem kiedyś, że głównym celem zaprojektowania języka C było programowanie przy jak najmniejszej ilości stuknięć w klawiaturę. Każdy chyba przyzna, że autorom się udało. To co np. w Pascalu zajmuje kilka (-naście?) linijek kodu, w C/C++ można zapisać w jednej. Przy czym jest to najszybszy (zaraz po assemblerze) język programowania a na pewno najszybszy z języków wysokiego poziomu.


Zdarzyło mi się już kilka razy, że ktoś informację o jakimś konkursie wpisał jako komentarz do jednego z wpisów. Kochani konkursodawcy! Ten blog to nie darmowa tablica ogłoszeń o konkursach, od tego są specjalne serwisy - zresztą jeden z nich opisywałem.

Tym razem kilka drobiazgów z różnych bajek, które trafiły w moje ręce w różny sposób i zagościły w nich na dłużej. Z jednych korzystam niemal na co dzień, z innych od święta. Jeszcze inne leżą, "bo mogą się kiedyś przydać".

Kilkakrotnie już pisałem, że lubię wyważać otwarte drzwi. Ci, którzy mnie znają, znają też mój pogląd na korzystanie z gotowych rozwiązań, które może są uniwersalne i łatwe do wdrożenia, ale często przysparzają więcej problemów, zawłaszcza na dłuższą metę. Zresztą jest coś w powiedzeniu: "jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego". Chciałbym tu zaproponować ambitnym czytelnikom rozważenie napisania własnego Frameworka lub chociaż CMSa, na którym można budować serwisy internetowe. Oczywiście nie podam tu żadnego gotowego rozwiązania, być może nie będzie ani kawałka kodu. Chciałbym raczej przedstawić moją przygodę z pisaniem takiego systemu. Może komuś się to przyda. A przynajmniej podbuduje swoje ego śmiejąc się z gościa, który chyba cierpi na nadmiar wolnego czasu :)

Wakacje, urlopy, upadł, stagnacja. Jak widzę na różnych forach, nie tylko u mnie tak jest. Coraz częściej pojawiają się wątki z pytaniem o pracę czy zlecenie. Sam się zastanawiam, czy się nie dołączyć. Na razie przygotowałem lipcową promocję na strony www. Ale o tym za chwilę...

Pozycjonowanie to w zasadzie nauka przez całe życie. Coś, co sprawdzało się tok temu, teraz może być nieistotne. I na odwrót. To co kiedyś nie miało znaczenia (lub w ogóle nie istniało), teraz ma duże. Google co jakiś czas zmienia algorytm swojego silnika a my, chcąc niechcąc, musimy się dostosowywać. Plusem tego jest fakt, że pozycjonerzy zawsze będą mieli pracę a niepowodzenia spokojnie mogą zgonić na zmiany w silniku najpopularniejszej wyszukiwarki :)

Można by powiedzieć, że temat bardzo nie na czasie, bo kto by się przejmował wielkością plików skoro niemal wszyscy (dla wielu jest to jednak synonimem wszyscy) mają szerokopasmowy dostęp do internetu. Więc co za różnica: 100kB czy kilka MB pobranych (często niepotrzebnie) danych?

Dostałem niedawno zlecenie poprawienia niezbyt skomplikowanego serwisu internetowego. W zasadzie nieco bardziej rozbudowanej wizytówki. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to na coś skomplikowanego, zwłaszcza, że klient powiedział, że strona jest raczej statyczna i nie ma żadnego CMSa. Zgodziłem się, niemniej zanim dokonałem wyceny "prostego" zadania poprosiłem o dostęp do plików źródłowych.

Nie ja pierwszy i nie ostatni ucieszyłem się z możliwości założenia własnej działalności. Brak marudnego szefa, szerokie możliwości zarobków, niezależność finansowa. Żyć nie umierać! Z czasem moja radość ustąpiła nieco miejsca zniechęceniu. Nie żebym się załamał (do tego mi jeszcze daleko), niemniej pojawiło się coś w rodzaju irytacji. A jej celem był oczywiście ZUS.

Kilka dni temu na stronie wyborcza.biz ukazał się artykuł o wyroku NSA dotyczącego możliwości wysyłania faktur e-mailem. Można by rzec: cudowna wiadomość! Ale czy na pewno?








