RSS
Dzisiaj jest środa, 08 września 2010
Mar
01
2010

Człowiek-orkiestra - czy warto?

Dodał Andrzej, poniedziałek, 01-03-2010 (20:06)

Człowiek orkiestra

Mówi się, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że najlepiej mieć jak najwęższą specjalizację. Czy aby na pewno? Zapraszam do przeczytania trochę przewrotnego tekstu i dyskusji...

Poniekąd zgadzam się z powyższym stwierdzeniem. Wiadomo, że jak ktoś się zajmuje wieloma dziedzinami, to siłą rzeczy nie starcza mu życia, żeby wszystkie poznać dogłębnie. Szybkość, z jaką żyjemy, nie pozwala na ich spokojne poznawanie. Jeśli chcemy się wyróżnić w społeczeństwie, to musimy być ekspertami. Zresztą to dotyczy nie tylko nas ale także np. programów komputerowych. Malutka "pchełka" do konkretnego zadania będzie o wiele wydajniejsza niż kombajn, który gra, buczy i jeszcze loda robi. Jako przykład mogę podać program do wypalania płyt: Infra Recorder kontra Nero. Płyt audio nie nagrywam (a jeśli już to pliki mogę sobie przygotować w innym specjalizowanym programie), okładki na CD mogę przygotować w Illustratorze. Program do nagrywania ma przede wszystkim nagrywać.

Wracając jednak do ludzi. Zajmowanie się wszystkim na raz - źle. Ale trzymanie się tylko i wyłącznie swojej własnej, wąskiej specjalizacji też nie jest dobre. To strasznie ogranicza. Doskonałym przykładem są Amerykanie, którzy już od dawna trzymają się zasady wąskiej specjalizacji. O ile w swojej branży mogą być ekspertami (mogą ale wcale nie muszą) o tyle w innych sprawach nie wiedzą zupełnie nic. I o czym tu z takim pogadać?

Jako że moja branża to grafika i internet, to często spotykam się ze stwierdzeniem, że grafik nie musi umieć programować, a programista powinien design zostawić grafikowi. Idąc tym tropem można wywnioskować, że do zrobienia strony www potrzeba trzech fachowców: grafika (do designu), webdesignera (do pocięcia grafiki do HTML i CSS) oraz webdevelopera do oprogramowania tego. No super, więc skoro ja się zajmuję wszystkim to znaczy, że jestem do niczego? Ciekawe, że klienci mają inne zdanie na ten temat.

Czasem sobie myślę, że taki Leonardo da Vinci nie miałby dzisiaj lekkiego życia. W końcu zajmował się tyloma różnymi dziedzinami. I jeszcze był w nich ekspertem! OK, ktoś może powiedzieć: "ale ty nie jesteś Leonardo da Vinci". No dobra, nie jestem. W końcu jestem sobą. A skąd ktoś może wiedzieć, że mu nie dorównam? W końcu na przestrzeni wieków było wielu ludzi, którzy również nie byli Leonardem. A jednak dzięki ich szerokim zainteresowaniom, doszli do czegoś i historia ich zapamiętała.

Przyznaję, nie mam takich aspiracji. Przynajmniej na chwilę obecną. Ale zajmowanie się wieloma dziedzinami (niekoniecznie zawodowo) pozwala mi rozszerzyć horyzonty. Zainteresowania literackie pozwalają mi poszerzyć słownictwo i elokwencję, co się przydaje przy rozmowach z klientami. Fotografia pomaga opanować kadr i kompozycję. Muzykowanie... łagodzi obyczaje :) Do tego dochodzą zainteresowania ogólne z fizyki, chemii, biologii. Czasami się przydaje, chociażby żeby mieć temat do rozmowy albo zrozumieć klienta działającego w danej branży.

Poza tym każda czynność i ćwiczenie rozwija. A istotne jest, żeby rozwijać umysł wszechstronnie, obie półkule i wszystkie jego obszary a nie tylko jakiś wąski wycinek.

Nie muszę i nie jestem we wszystkim dobry. Jest jednak taki stary dowcip:

Jasio chwali się mamie.
- Na koloniach bez większego wysiłku wygrywałem z mistrzem turnusu w szachach i z mistrzem turnusu tenisa.
- Jak ci się to udało?
- Z mistrzem tenisa grałem w szachy a z mistrzem szachowym grałem w tenisa.

Tajemnica tkwi w tym, żeby umieć z danej wiedzy w odpowiednim momencie skorzystać.


czytano: 205, kategorie: na luzie, własny biznes

Podobne wpisy:


- Zalety i wady bycia freelancerem
- Postaw piwo
- List Motywacyjny
- Zepsuty rynek


Dodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do WykopuDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do BlipDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do TwitteraDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do FaceBookaDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do FlakeraDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do DiggDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do SforyDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do Google BookmarksDodaj 'Człowiek-orkiestra - czy warto?' do Śledzika


Komentarze (3)


poniedziałek, 01-03-2010 (21:15)
Też uważałem i poniekąd dalej uważam, że wąskie specjalizacje powinny istnieć. Daleko nie szukając dobry inżynier, jeśli jeszcze żyje to jest na emeryturze. Jakoś potrafiono pogodzić jego rozwój jako humanisty, by nie był li tylko tępym gościem z suwakiem logarytmicznym. Przeciwnicy będą wskazywać, że dzisiaj nauka jest o wiele bardziej poszła do przodu. Tak poszła do przodu, że dzisiejszy inżynier nie umie poprawnie napisać dokumentacji z własnej dziedziny, bo przecież jest dyslektykiem i nie kończył filologii polskiej. Dodatkowo trzeba go wysłać na kolejne studia, bo sam nie potrafi się nauczyć.
Ze wszystkim się zgadzam i z tym, że jak do wszystkie to do niczego (chociaż dzisiaj taka osoba wypełnia lukę niedouczonych inżynierów) i z drugiej poznanie czegoś innego rozwija. W każdym bądź razie stawia na rozwój, nie tylko zawodowy.
Co do kompaktowych programów, częściej zaczynają mieć strukturę modułową. Główny program i wywoływany podprogram jedzie do pamięci.
ATSD co Cię naszło? ;]
wtorek, 02-03-2010 (07:22)
Andrzej
Pamiętam, jak sam nie chciałem się uczyć niczego poza tym, co mnie interesuje. Do polskiego miałem okropną awersję (ale to akurat 'zasługa' polonistki). Uważałem, że skoro jestem w technikum, to na co mi polski? Ale uczyłem się i... teraz tego nie żałuję. Zwłaszcza jak widzę dyslektyków na forach, którzy robią błędy w co drugim wyrazie (mimo słownika w przeglądarce)... Nóż się w kieszeni otwiera.

Każda nowa umiejętność rozwija. Kiedyś gdzieś czytałem, że jednym z pierwszych ćwiczeń jest umiejętność... żonglowania. Po prostu uczą się rzucać piłeczkami aż do perfekcji. Po co? Ano stymuluje to synchronizację półkul i podczas tego ćwiczenia tworzy się ogromna ilość nowych połączeń nerwowych. A to się potem przydaje np. przy negocjacjach z klientem.

Modułowe programy to faktycznie super sprawa. Moja ulubiona Miranda to tylko 700kB kodu głównego - reszta w pluginach. Dla odmiany duże firmy od tego odchodzą. Kiedyś jak instalowałem Photoshopa to mogłem wybrać, jakie rzeczy potrzebuję: pluginy, przykłady, profile itp. Teraz instaluje się wszystko. Dodatkowo mam jakiś Bridge (raz odpaliłem), Version Cue (nie mam pojęcia co to jest) i masę innych programów w pakiecie, które może się przydają w pracy zespołowej, ale nie jednej osobie. Na szczęście poza tym pakietem Adobe, który mi jest potrzebny do pracy, resztę programów mam właśnie małych, darmowych i często nieinstalowalnych (stąd seria tekstów o alternatywach za free).

Co mnie naszło? Refleksje i właśnie stwierdzenie kogoś, że nie jestem Leonardem :)
wtorek, 02-03-2010 (08:40)
Andrzej
W sumie dobrze. Musiałbyś długo czekać na krzemową rewolucję ;] BA! nawet byś nie doczekał. Btw. zabawna koncepcja pochodzenia Vinci była w książce Roberta A. Heinleina 'Drzwi do lata' ;]

Dodaj swój komentarz:


Imię lub nick (obowiązkowe)
E-mail (obowiązkowy - nie będzie publikowany)
Strona WWW

Formatowanie: [b]pogrubienie[/b], [i]kursywa[/i], [u]podkreślenie[/u]
Powiadom mnie o nowych komentarzach do tego postu.
kod Przepisz kod z obrazka:
Wyślij
klient wady zalety zainteresowania
Jakie tematy najbardziej Cię interesują?








głosuj

Ciemność widzę.
Katalog blogów
Blogowisko
Horyzonty wyobraźni
Andy Design
Cartoon Wars
Qfant
Gniot



<< wrzesień - 2010 >>
PnWtŚrCzPiSoN
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930