

Mówi się, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że najlepiej mieć jak najwęższą specjalizację. Czy aby na pewno? Zapraszam do przeczytania trochę przewrotnego tekstu i dyskusji...
Poniekąd zgadzam się z powyższym stwierdzeniem. Wiadomo, że jak ktoś się zajmuje wieloma dziedzinami, to siłą rzeczy nie starcza mu życia, żeby wszystkie poznać dogłębnie. Szybkość, z jaką żyjemy, nie pozwala na ich spokojne poznawanie. Jeśli chcemy się wyróżnić w społeczeństwie, to musimy być ekspertami. Zresztą to dotyczy nie tylko nas ale także np. programów komputerowych. Malutka "pchełka" do konkretnego zadania będzie o wiele wydajniejsza niż kombajn, który gra, buczy i jeszcze loda robi. Jako przykład mogę podać program do wypalania płyt: Infra Recorder kontra Nero. Płyt audio nie nagrywam (a jeśli już to pliki mogę sobie przygotować w innym specjalizowanym programie), okładki na CD mogę przygotować w Illustratorze. Program do nagrywania ma przede wszystkim nagrywać.
Wracając jednak do ludzi. Zajmowanie się wszystkim na raz - źle. Ale trzymanie się tylko i wyłącznie swojej własnej, wąskiej specjalizacji też nie jest dobre. To strasznie ogranicza. Doskonałym przykładem są Amerykanie, którzy już od dawna trzymają się zasady wąskiej specjalizacji. O ile w swojej branży mogą być ekspertami (mogą ale wcale nie muszą) o tyle w innych sprawach nie wiedzą zupełnie nic. I o czym tu z takim pogadać?
Jako że moja branża to grafika i internet, to często spotykam się ze stwierdzeniem, że grafik nie musi umieć programować, a programista powinien design zostawić grafikowi. Idąc tym tropem można wywnioskować, że do zrobienia strony www potrzeba trzech fachowców: grafika (do designu), webdesignera (do pocięcia grafiki do HTML i CSS) oraz webdevelopera do oprogramowania tego. No super, więc skoro ja się zajmuję wszystkim to znaczy, że jestem do niczego? Ciekawe, że klienci mają inne zdanie na ten temat.
Czasem sobie myślę, że taki Leonardo da Vinci nie miałby dzisiaj lekkiego życia. W końcu zajmował się tyloma różnymi dziedzinami. I jeszcze był w nich ekspertem! OK, ktoś może powiedzieć: "ale ty nie jesteś Leonardo da Vinci". No dobra, nie jestem. W końcu jestem sobą. A skąd ktoś może wiedzieć, że mu nie dorównam? W końcu na przestrzeni wieków było wielu ludzi, którzy również nie byli Leonardem. A jednak dzięki ich szerokim zainteresowaniom, doszli do czegoś i historia ich zapamiętała.
Przyznaję, nie mam takich aspiracji. Przynajmniej na chwilę obecną. Ale zajmowanie się wieloma dziedzinami (niekoniecznie zawodowo) pozwala mi rozszerzyć horyzonty. Zainteresowania literackie pozwalają mi poszerzyć słownictwo i elokwencję, co się przydaje przy rozmowach z klientami. Fotografia pomaga opanować kadr i kompozycję. Muzykowanie... łagodzi obyczaje :) Do tego dochodzą zainteresowania ogólne z fizyki, chemii, biologii. Czasami się przydaje, chociażby żeby mieć temat do rozmowy albo zrozumieć klienta działającego w danej branży.
Poza tym każda czynność i ćwiczenie rozwija. A istotne jest, żeby rozwijać umysł wszechstronnie, obie półkule i wszystkie jego obszary a nie tylko jakiś wąski wycinek.
Nie muszę i nie jestem we wszystkim dobry. Jest jednak taki stary dowcip:
| Jasio chwali się mamie. - Na koloniach bez większego wysiłku wygrywałem z mistrzem turnusu w szachach i z mistrzem turnusu tenisa. - Jak ci się to udało? - Z mistrzem tenisa grałem w szachy a z mistrzem szachowym grałem w tenisa. |
Tajemnica tkwi w tym, żeby umieć z danej wiedzy w odpowiednim momencie skorzystać.








